Zrozumiałem, że wolałbym przyjąć lewy sierpowy. Strzał z kuszy prosto w serce byłby chyba mniej bolesny niż to, co zobaczyłem.
Dzwoni budzik. Co robisz? Jest parę opcji.
Uderzasz go, spada, przestaje dzwonić. Wyłączasz go, przestaje dzwonić. Zerkasz, pozwalasz mu dzwonić. Chcesz jeszcze pospać. Tylko minutkę, mamo!
Jakiś procent z nas, zapewne dotyczący ludzi pracujących, sięga po budzik, którym zwykle jest telefon, patrzy na niego z wyrazem mordu na twarzy, wyłącza i powoli dźwiga się z łóżka. Ciężki dzień nadchodzi - szef wraca dzisiaj z urlopu, nowy stos dokumentów do podpisania, statek powinien już trzy dni temu wypłynąć ze stoczni, ale trzeba sprawdzić kajutę kapitana, poczta sama się nie rozwiezie, towar sam się nie sprzeda, tynki same się nie położą. Trzeba wstać.
I ostatni procent, czyli ludzie dziwni sami w sobie. Wstają albo przed budzikiem, albo wyłączają go z uśmiechem na ustach, po czym wstają z łóżka, przeciągają się radośnie i migiem przygotowują się na poranną jogę czy jogging.
Wybór, wybór, wybór.
Nie ma budzika, który można by wyłączyć i nie otwierać oczu.
Tylko serce i umysł, który zmusza do otwierania oczu.
Nie chce wstawać. Tak bardzo nie chce tam wracać. Nie bez niej. Widzę to i boli, gdy na to patrzę.
Uchylenie powiek.
- Riker? - szepczę, choć w zamiarze miałem wypowiedzenie jego imienia normalnym tonem. Chrząkam więc i ponawiam próbę. - Rik?
Brat mruga lekko parę razy, biega wzrokiem po suficie.
Cierpienie zamknięte w jego twarzy, w oczach, mimice... Mam wrażenie, że wokół żołądka zawija mi się bardzo szorstki, cienki sznur, przecinając powoli moje wnętrza.
Nie chce wstawać. Tak bardzo nie chce tam wracać. Nie bez niej. Widzę to i boli, gdy na to patrzę.
Uchylenie powiek.
- Riker? - szepczę, choć w zamiarze miałem wypowiedzenie jego imienia normalnym tonem. Chrząkam więc i ponawiam próbę. - Rik?
Brat mruga lekko parę razy, biega wzrokiem po suficie.
Cierpienie zamknięte w jego twarzy, w oczach, mimice... Mam wrażenie, że wokół żołądka zawija mi się bardzo szorstki, cienki sznur, przecinając powoli moje wnętrza.
Bolał mnie jego wyraz twarzy - każdy ułamek sekundy patrzenia na jego wysiłek wkładany w sztuczny, choć dobrze zagrany uśmiech sprawiał, że czułem się jak zajeżdżany walcem i haratany pługiem.
Miałem ochotę sam sobie strzelić z dobrego pistoletu.
Może przynajmniej udałoby mi się pozbyć tego hektolitrowego poczucia winy.
Miałem ochotę sam sobie strzelić z dobrego pistoletu.
Może przynajmniej udałoby mi się pozbyć tego hektolitrowego poczucia winy.
Zawsze chciałem dobrze. Pragnąłem szczęścia mojej rodziny i bliskich. Wyrzekałem się nie raz własnych przyjemności dla ich lepszego poczucia humoru, zdrowia, uśmiechu. Chciałem widzieć w nich radość, bo wtedy sam byłem radosny. Stroniłem od robienia ludziom na złość, nie ważyłem się łamać obietnic danych bliskim, nie umiałem skłamać mamie. Mimo przypiętej do mnie łatki małego psotnika byłem dobrym dzieckiem i grzecznym nastolatkiem. Zawsze chwalony na równi z rodzeństwem, zawsze próbowałem im dorównać, ja - wiecznie niewystarczająco dojrzały, wiecznie młodszy, wieczny "ale oni są starsi, Ross".
Jako ten prawie najmłodszy starałem się najbardziej. Ilością obowiązków goniłem moje starsze rodzeństwo.
Szczęście. Miłość. Spokój. Radość. Życie.
Nie wyobrażałem sobie nigdy siebie jako tego raniącego.
Co się zmieniło? Kiedy i jak to się stało? Jak mogłem to zmienić? Czy w ogóle mogłem to zmienić? Czy była dla mnie jakaś szansa? Czy wykorzystałbym ją, gdybym znał odpowiedź?
Niektóre rzeczy po prostu się dzieją. Nie wiemy jak i kiedy, nie wiemy po co. Nie widzimy skutków na pierwszy rzut oka.
Jakakolwiek rzecz się zdarzyła, jakkolwiek się zmieniamy, cokolwiek widzimy, słyszymy i smakujemy - nic nie dzieje się przypadkiem.
Do dzisiaj zastanawiam się, kiedy to się tak naprawdę zaczęło. Czy noc, podczas której znalazłem Chris, zmieniłaby ciąg dalszy, gdybym nie wrócił się po kosmetyczkę Rydel? Czy zmieniałem się już przed, czy jednak po?
Setki pytań bez odpowiedzi. Zadaję je codziennie, zerkając na ciężką płytę nagrobkową.
Parę liści wędruje po jej powierzchni w tę i z powrotem. Kolidują ze zniczami, spadają, zakręcają. Wiatr bawi się nimi bez skrupułów.
A nami bawi się coś. Ktoś.
Chciałbym to poznać.
***
Krótki. Ale wena tylko na to.
Nadal coś tam się lęgnie w mojej głowie. Nieopracowane zakładki, shhh.
Jak pisałam na Czougu - czasu brak go tam. Nadal mam problemy u podłoża psychiczno-fizycznego l, co dodaje uroku mojemu cudownemu życiu.
Mam nadzieję, że tu jeszcze wrócę.
Love,
Ana
Jak wysłałaś link, to otworzyłam szeroko buzię, ale wtedy mama weszła do pokoju, więc ją zamknęłam, żeby wyglądać na inteligentną osobę pochłoniętą dobrą lekturą.
OdpowiedzUsuńTak się bałam tego momentu, kiedy otworzy oczy. Przypomina mi się trochę "If I stay". Moja mama powiedziała, że Mia nie powinna wracać, a ja byłam za tym, że powinna żyć dla Adama. Ale teraz rozumiem. Riker też nie powinien wracać. Nie powinien też umrzeć. To powinien być Ross! To on miał wylądować pod tirem, samochodem albo pociągiem.
Jestem bardzo ciekawa, czy kiedy Riker odzyska siły, rzuci się na Rossa, żeby go udusić. Rodzina rodziną, ale... Nie no. W sumie to by było kochane, gdyby mu wybaczył. Ale uraz będzie miał do końca życia.
Uwielbiam Twoje opisy, te wszystkie rozkminy i pytania, które zadajesz. Przy ostatnich zdaniach miałam łzy w oczach. Cholerna płyta nagrobkowa.
No nic. Mam nadzieję, że wena Cię najdzie i znajdziesz czas na pisanie. Szczerze Ci tego życzę, kochana. <3
xoxo
~Liv~
Fantastyczny rozdział <3
OdpowiedzUsuńKrótki, ale konkretny - czyli taki jak lubię.
Pozdrawiam, życzę weny i czekam na next :)